- Frakcyjność – wzięło się to w dużej mierze z sytuacji politycznej „na górze” i rozczłonkowania politycznej siły lewicy. Była to ówczesna niezgoda na rządy Leszka Millera w takiej postaci, jaka wówczas występowała – na tle tendencji kryzysowych. Narastającego wówczas bezrobocia, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duży wpływ na to miały też apetyty na władzę u pozostałych działaczy i chęć rozegrania pewnych rzeczy pod swojemu.
- Brak charyzmy u przywódców – nikt nadal nie potrafi skutecznie poprowadzić lewicy. Zawodzi i nie dało rady wielu: Miller, Olejniczak, Napieralski, Kalisz. Ze strony środowiska Sdpl nie potrafili tego dokonać: Borowski, Balicki; który potem wyszedł z partii, ani też Filemonowicz. Odosobnieni pozostali Joanna Senyszyn i Piotr Gadzinowski ze swoimi antyklerykalnymi poglądami. Podobnie Partia Demokratyczna Frasyniuka: swoją lewicowo – solidarnościową fuzją tak samo nie odniosła spodziewanych sukcesów. Niekorzystną sytuację pogłębiło zastosowanie przesławnej „wunderwaffe”, w postaci byłego już prezydenta, który to, co tu dużo mówić, na mównicy nie wykazał rzeczonych uzdolnień przywódczych. Za to w mediach wciąż mówiono o rzekomych chorobach, które go trapią. Snobistyczny luksus i problem z odpowiedzialnością za kampanię nie przysporzyły mu zwolenników wśród elektoratu lewicy. Więcej to miało wspólnego z „kawiorową lewicą”, aniżeli z ruchem prawdziwie pro socjalnym. Ludzie, mający głosować wtenczas, tj. w 2008 roku na lewicę, wybrali opcję liberalną, reprezentowaną przez PO. Obrali kurs na dziki kapitalizm, o którym politycy PO nie chcieli wówczas jeszcze mówić, by nie psuć społecznych nastrojów. Społeczeństwo odrzuciło wcześniejszą nieudolność rządu premiera Millera, który de facto nie miał w sobie nic z idei socjalnych. Jeśli wzrost bezrobocia można tak w ogóle zdefiniować, w kontekście socjalizmu. Wszystko to pojawiło się wskutek nieudolności przywódców na lewicy i rozpierania się poszczególnych działaczy przez ambicję – pogoń za stanowiskami. Odwrócili się tymi poczynaniami od polskiego społeczeństwa Przyczynili się oni wydatnie do jej klęski swoim wyborczym zachowaniem. I konsekwentnym zrażeniem do siebie ludzi.
- Starzy „działacze” – nie ma prawidłowej kooptacji poszczególnych kandydatów do elit; w tym także jest to bolączka lewicy. Przewijają się wciąż te same nazwiska. Nierzadko z przeszłością rodem z PZPR; w tym tą, mówiąc oględnie - niezbyt chlubną. Pomijając tych prawdziwych społeczników i spółdzielców, bo i tacy pośród nich byli. Mieli duszę do działania na rzecz ludzi, pośród których mieszkali i żyli. To im trzeba tu przyznać, oddawszy przy tym należytą sprawiedliwość. Nie istnieje też, również obecnie, żaden pomost jednoczący stare struktury z tymi młodymi. To wszystko się teraz mści. Lewica nie ma prawidłowej rotacji kadr, pełna jest zasiedziałych działaczy, broniących za każdym razem swoje stołki przed młodymi. To są pozostałości jeszcze po starym, bo post pezetpeerowskim systemie kadrowym.
- Gdzie są młodzi liderzy? Widać to po braku zaangażowania, braku zaplecza i odpowiedniego pozyskiwania młodzieży, co spowodowało wszystko razem wzięte ucieczkę młodych od partii. Niczym ich zresztą nie zatrzymywano. I trudno się temu dziwić, skoro uparcie, jak króliki z kapelusza, wystawia się na wyborcze listy, np. rozmaitych krewnych „starych działaczy”. Czy wszystko ma pozostać w rodzinie, a lokalni politycy w samorządach mają nosić te same nazwiska? Czy na pewno o takie standardy nam chodzi w demokratycznym przecież państwie? Często są to przecież ludzie bez właściwego przygotowania merytorycznego, potrzebnego do funkcjonowania na wysokich stanowiskach urzędniczych. Nie mają też często wyższego wykształcenia, są wyłaniani nieznanymi nikomu drogami. Takim rozwiązaniom sprzyja zresztą obecna ordynacja wyborcza, która nie promuje okręgów jednomandatowych. Lewica nie odpowiada się za tym, skądinąd żadna inna partia! Nie mają w tym interesu, aby to propagować, co najwyżej robi to ciągle osamotniony Kukiz. Nie może tak to więcej wyglądać w nowoczesnym państwie! Na Zachodzie nie hołduje się w polityce czemuś, co przypomina sobą jakiś bizantyński feudalizm, na zasadzie dziedziczenia „książęcych włości”, czy wybierania poszczególnych ludzi przez liderów. Tym samym blokuje się drogę innym, często o wiele bardziej zdolnym. Parafrazując znane powiedzenie z mównicy, można śmiało powiedzieć: „Lewicowe partie! Nie kroczcie tą drogą”
- Nienaturalne wyłanianie elit – prawidłowe wchłanianie zdolnych ludzi wygląda w ten sposób, że są osoby, które robią coś pożytecznego: działają aktywnie, piszą, kolportują, organizują życie społeczno – polityczne, są pro społeczni: za to otrzymują laury w postaci wejścia do danej elity. W lewicy zaś wygląda to dwuznacznie, a przez to dziwnie. Zamiast bowiem chuchać i dmuchać na młodych ludzi, którzy coś budują i konstruują, nie daje się im szans – mają pracować na korzyść starych działaczy oraz ich dzieci. W imię czego? Nic dziwnego, że potem buntowali się i odchodzili stamtąd, wyjeżdżając chociażby za granicę. Mogli tam o wiele bardziej potwierdzić i wykazać swoje umiejętności organizacyjno – administracyjne, w zakresie budowania lokalnych społeczności na emigracji. Odgórne przypisanie funkcji w jakiejkolwiek partii wstrzymuje wielce pożądany przepływ „świeżej krwi”. Wtedy, gdy taka sytuacja ma miejsce, wówczas wiąże się ona z prawidłowością w funkcjonowaniu całej struktury, jak żywego organizmu. Jeżeli zaś tego nie ma, wtedy organizm ten podlega gniciu od wewnątrz. Zmarnowano niestety w toku tych lat sporo młodego pokolenia. Mogli oni wszyscy stać się pełnowartościowym zaczynem przemian idących na lepsze, reformujących sytuację w optymalnym kierunku. Tymczasem wszystko to zaczęło przypominać dobieranie sobie ludzi w systemie podobnym do tego, jak robiło się niegdyś w PZPN, jeszcze przed kadencją Zbigniewa Bońka. Miernota jednak nie jest w cenie i późniejszy czas znakomicie to ukazuje.
Wyniki są potem
takie, jakie są, gdyż jak do tych sytuacji odniósłby się Witkacy:
„Jaki
jest koń, każdy widzi”.
- Nie istnieje jakiekolwiek zaplecze społeczne dla lewicy, brak też ruchu spółdzielczego. Na czym największy kapitał zbijała lewica? Na referatach partyjnych i zebraniach ku czci? Nie. Może na organizowaniu festynów? Też nie. Lewica z natury rzeczy największe żniwo w swojej wytężonej pracy osiągała poprzez systematyczną pracę organiczną, na wzór pozytywistyczny. Tam, gdzie istniał ruch spółdzielczy, w postaci czy to kółek pracowniczych, hobbystycznych, studenckich „bratniaków”, rozmaitych stowarzyszeń, sportowych pasjonatów, jednym słowem – wszelkiej przemyślanej aktywizacji obywatelskiej. Tam, na tej kanwie lewica osiągała zawsze największe sukcesy. Jej prawdziwą siłą była i jest organizacja społeczna! Nieważne, czy będzie to SPD w Niemczech, czy może lewica typu szwedzkiego, reprezentowana przez Olofa Palmego – zawsze będzie liczyć się fantastyczny rezultat w postaci zintegrowanej społeczności. Wychodzenie na agorę: naprzeciw ludzkim potrzebom, wspieranie lokalnych inicjatyw, wyraźna postawa pro społeczna, opieka nad biedniejszymi: to wszystko ma mieć zapisane w swoich zasadach prawdziwa lewica i temu powinna ze wszech miar hołdować! Wówczas zasługuje na prawdziwe miano obrończyni ludzi pracujących oraz tych najsłabszych, na tym polega jej humanitaryzm i wszelki fenomen. Niestety lewica u nas zachłysnęła się monetaryzmem i przyklasnęła ochoczo zabiegom Balcerowicza. Odpowiadały jej zasady ekonomicznej pazerności w aspekcie wilczego kapitalizmu. Nie zmienia tej postawy nawet teraz, gdy wokół na świecie upadają firmy, banki, nawet całe państwa; z powodu ich bankructw. Nie ma też efektywnego programu gospodarczego, jaki wprowadzał niegdyś Keynes. Jeśli lewica nie zatraci swoich korzeni i wpisze się we właściwy sposób, w nurt społeczeństwa obywatelskiego, w ramach funkcjonowania Unii Europejskiej – to wtedy zdecydowanie wygra. W innym przypadku zdecydowane wpływy w sferze socjalnej osiągać będzie, podobno prawicowe - Prawo i Sprawiedliwość (tak deklaruje w swoim programie, w rzeczywistości jest on gospodarczo socjalny, tak jak zresztą i „Solidarności”, jako związku zawodowego; PIS na powołuje się na spuściznę po niej).
- Markowanie roboty – najgorsze ze wszystkich jest udawanie, że „coś się robi”, wykonywanie szeregu niepraktycznych ruchów, zazwyczaj dla zręcznego PR-u. Wygląda to najczęściej tak, że niby zbieramy się do rzeczowego podejścia i nawet jakoś tam podejmujemy się tego, ale czegoś konkretnego i namacalnego to już uczynić nie sposób. No tak – podziękowano przecież w wyrafinowanym, czy w nieco mniej wysublimowanym wybiegu młodym działaczom, nie oferując im możliwości realnego wpływu na to, co się dzieje w samej lewicy, jak i otoczeniu – to nie ma się co potem dziwić, że robić na pożytek publiczny już nie ma komu. A starym działaczom znów często nie chce się. Bo po co? Przyzwyczajeni są do starych i ich zdaniem wypróbowanych metod. Aby tylko przyspawać się nie robiąc nic. Tak jest przecież najlepiej. Jakakolwiek zmiana wydaje się być z tej perspektywy przerażająca. To niepoważne podejście. Podwójnie też dziwne, bo z jednej strony stawia się na bezcelowość zebrań i bierność, bez intensywnej pracy w terenie. Z drugiej natomiast: zrzuca się tą pracę na innych w myśl zasady: „niech to zrobią inni, dlaczego ja?”. Swoista spychologia działa tu bez zarzutu. Rozpoznaje się ją tak dobrze chociażby w wielu biurokracjach. Aż potem pałeczkę efektywnej pracy przejmuje inny polityczny obóz i to on potem na tym korzysta. Po czym spija śmietankę zwycięstwa, pozostali zaś toczą spory i kłótnie, które już nie budują, a tylko i wyłącznie rozjątrzają. Taka specyfika polskiej polityki, z czasu przełomu wieków. Zależy mi na lewicy żywej, młodej i przez to silnej, która swoim przeobrażeniem zerwie ze starymi nawykami myślenia i rozpocznie zdecydowanie nowy etap przyszłościowy!
Wymieniłem już wcześniej te błędy,
które lewica spowodowała sama na własne życzenie – we wszystkich swoich
działaniach: zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Pora to naprawić i
odbudować to, co zostało zaprzepaszczone. Prawdziwym remedium na wszelkie
bolączki wewnątrz organizacyjne są istotne zmiany i reformy w łonie partii.
Zastąpienie pokoleń, ich optymalna wymiana w kołach kierowniczych. Postawienie
na działalność w terenie, do ludzi. Ruch oddolny, nie zaś odgórny, bez
oglądania się na to, co robi Warszawa. Celują w tym co poniektórzy, wypatrując
synekur dla siebie. Nie o to jednak tu powinno chodzić. Powinniśmy
współpracować i współdziałać bez podziałów na frakcje. Bez podlizywania się
gremiom, rządzącym gdziekolwiek, również u nas w mieście i bezwiednym liczeniem
na to, co nam z nieba spadnie! O nic nie można prosić. Po co te bezsensowne
targi, w które się wchodzi z innymi ugrupowaniami? Lewica zaczyna przypominać
tego biznesmena, co to zapomniał o tym, jak był dzieckiem; puszczał sobie
latawce, snuł plany na przyszłość i cieszył się życiem – a teraz patrzy z
niepokojem na malejące wskaźniki i staje w obliczu kryzysu. Wokół niego zaś nie
ma prawdziwych przyjaciół, jak kiedyś, pozostali wokół jedynie sami fałszywi
doradcy. A biznesmen stawia za to na pochlebców i pozorantów.
Stąd też płynie z tego klarowny
morał:
Mamy polegać nie na innych, lecz na samych
sobie. Podobnym dążeniem ma wykazywać się również partia oparta na mądrym RUCHU
ODDOLNYM.
Była nie tak dawno możliwość
utworzenia takiego forum, biorąc pod uwagę Ruch Palikota, jednak z przyczyn
ambicjonalnych zaprzepaszczono możliwe porozumienie i to z obydwu stron. Palikot
oraz Miller odrzucili młodych od siebie, wprowadzając swoich, oddanych im bez
reszty towarzyszy. A także tych, na których jest pewna krótkotrwała moda lub
koniunktura. Prawdziwych speców, którzy mogliby wprowadzić nową jakość w tej
dziedzinie zwyczajnie odrzucono. A może przywódcom obu partii w świecie o to
chodziło? Ruch mający w nazwie przywódcę nie może mienić się oddolnym; tak samo
która partia lewicowa, która nie
broniłaby zwalnianych ludzi z tyskiego Fiata? Gdzie było zresztą w tym niefortunnym
momencie SLD, czy RPP? Zajmowali się czymś zupełnie nie znaczącym. Drobiazgami
ideologicznymi już nie pierwszej świeżości, parafrazując słowa jednej z postaci
Bułhakowa..Nie rozbudowali ruchu oddolnego, który dałby na powrót prawdziwe ideały lewicy i odnowiłby tym samym więź ze społeczeństwem. Takiej partii nam również potrzeba, dla zachowania zdrowej równowagi. Czegoś zdecydowanie nowego, od tego co było i przez to przebrzmiało. Starczy już starzyzny, nastał czas młodych, nie uwikłanych w dawne współzależności oraz rozgrywki. Oni nie mają z tego tytułu kompleksów. Nastawieni są na budowanie...